Poetyckie Foto NJusy

Witam państwa rozlegle tak, żeby wszystkich ująć, zaś w szczególności tych, którzy się wczoraj, na XII Spotkaniach Uli, roili jak w ulu.

Trzeba bowiem zameldować, iż liczebność i ruchliwość była kuriozalna: zleciało się państwo z różnych krain geograficznych do warszawskiej Diuny jak do miodu, i nie bez racji.

Oto do turnieju stawali najprzedniejsi poeci minionych edycji imprezy, pozwalając swoim wielbicielom zakosztować słodyczy wyboru najlepszego z nich.

Mieniły się złote plastry wierszy szlachetnym blaskiem, smaki najróżniejsze nęciły i pobudzały do hulaszczych pohukiwań, nieokiełznanych oklasków, radosnych olśnień, owocem których miał być werdykt publiki, wyłaniający z oceanu owacji zwycięzcę. Osobiście postawiłam Rzutowi ptaszka. Przy nazwisku. Z dumą ogłaszam, że wybór mój pokrył się z ogólnoludzkim wyborem, gdyż imię laureata konkursu to Rzut Rzodkwią właśnie. Poufale zwanego Rafałem Wawrzyńczykiem.

Żal mi tylko, że Marcin Cecko wpadł zdyszany tuż przed werdyktem i już nie odczytał swojego. Nie wiem jak by było, gdyby odczytał, gdyż ja Marcina bardzo!

Zanim dopełniło się owo wiekopomne dzieło, ul Uli wprost kipiał gorącem uścisków, całusów, perlistych śmiechów, psot i dyskusji, szeptów i nawoływań; kruchutka Ula i nieduża Diunka zwabiły niebagatelny rój smakoszy, choć przecież to ani festiwal ani wielka feta kulturalna o bóg wie jakim zasięgu. A jednak. Jednak Spotkania Uli urosły w siłę aniśmy się obejrzeli! To wspaniałe, budujące zjawisko. I już z tradycją, z rytuałem nawet!

Po raz kolejny turniejowe emocje przekształciły się w porywający raut pod mostem, czyli piknik nad ciekiem wodnym, z poprzedzającą go procesją do sklepiku Żabka - jedynego, podejrzewam, miejsca na świecie, gdzie można zobaczyć poetów stojących w kolejce jeden za drugim, poetów niecierpliwie drepczących i tutaj - nieco monotematycznych.

Nad Wisłą lokal wydaje się dużo bardziej obszerny, lecz mimo to bardzo było gromadnie. Stadnie było tak bardzo, że straż miejska zapragnęła podpiąć się pod imprezę, chociaż funkcjonariusze nie śmieli powiedzieć tego wprost i wydawali się trochę onieśmieleni.

Rozalia witała ich różą, Gil, chytrus, schował flaszeczkę wódki w majtki, bo się chyba spłoszył i zgłupiał (na chwilę). A że się konwersacja ze stróżami porządku lekko przeciągła, wiercił się i szeptał: ojejku (czy jakoś tak), niech już sobie idą, bo zaraz mi się wysunie!

Wkrótce wszyscy wrócili do przerwanych obowiązków i bankiecik wił się wśród wikliny i pluskania wód z wdziękiem i niesłabnącą inwencją, jak to na całokształ Ulowych spotkań przystało.

Chyba nam Ula tego nie zrobi i nie zaniecha. Bo zmierzając ku domowi, tęsknimy za XIII-tym pokrzepieniem serc, i żeby to nie było dopiero jesienią, bo nam się liście pokruszą do napojów, niepotrzebnie:-)

Dziudzia Gilling

Wrażenia Dziudzi