Dzień dobry patrzącemu w ładny maj:-)
Oto wczorajszego wieczora zakończył się kilkudniowy wirek wokół majowych kląskań o kulturze, spiralnie otaczający targi książki mnogością imprez bardziej lub mniej pośrednio słowu pisanemu oddanych.
Kto przeżył ów secik, wie że żyje, kto nie miał szczęścia uczestniczyć - choćby rotacyjnie - nie ma szczęścia!
Kulturalno-towarzyski maraton zwieńczyły X Spotkania Uli, koronowane w finale diademem miejskich świateł odbitych w Wiśle, nieplanowane, a więc w dwójnasób zasłużenie.
Wykluł nam się po prostu, z ostrożnych na początku klubowych przymiarek, łabądek tyleż urodny co szlachetny.
Diuna sprzyja, panowie panie, Diuna katalizuje spontaniczność, przyjazne usposabianie, twórczą swadę. Diuna aranżuje kompozycje medialno-estetyczne, których świeżemu wdziękowi nikt nie ma zamiaru opierać się, toteż ze spotkania na spotkanie euforyczność tego wydarzenia potężnieje - i już nie będę dookreślać, żeby nie przegiąć, żeby mi w erotyk tworzywo nie poszło;-)
Wspaniała zabawa, okazja do gadania, poznawania kolejnych uczestników Nieszufli, jej sympatyków, ciekawskich.
Zawsze ciekawe zestawienie autorów prezentujących wycinek twórczości (tym razem harmonijny duet płci obojga - Maciej Woźniak i Joanna Wajs - który ciekawie rozpisał na głosy wiersze o dialogowej konstrukcji) co także ma swój oddzielny magnetyzm, a po prezentacjach popisy w turnieju jednego wiersza - dotychczas na całkiem niezłym poziomie (Jagoda mógłby stworzyć oddzielne dzieło pod okoliczność poziomu Ulów;-), a nawet, mam wrażenie, podwyższającym loty... Śmiałości jawnie przybywa, i kontakt ze słuchaczami nie stwarza ciężkawego dystansu, który bywa zakalcem nawet najbardziej udanych autorskich odczytów. Tu nikt nikogo raczej nie temperuje, konwersacja nie toczy granic, nie żłobi fos, droczyć się można, pokrzykiwać ku czytającym, wchodzić-wychodzić, słuchać-niesłuchać - co kto lubi. Wolą słuchać, niż gadać równolegle w opłotkach, ale wreszcie i ten gwar nienatrętny jest częścią partytury:-)
Czyliż może być większy komplement dla organizatorów niż to, że towarzystwo nie chcąc rozstawać się po upłynięciu czasu przeznaczonego na imprezę ma chęć kontynuować wspólne kontemplowanie wieczoru i w tym celu błyskawicznie i jednogłośnie skrzykuje się do wymarszu na wiślany brzeg?!
A jaki harmider, roszady jakie polemiczno-flirtogenne czy inne podobne nie do nazwania tak na prędce - no, szafir nieba nad wodą przemienił się w ultramarynę, a potem w granat (taki bez zawleczki, chwała bogu), a poeci nagadać się nie mogli, natrajlować, i ognisko zmajstrowali nie wiadomo jakim cudem, i kto wie, co jeszcze;-)
No, świetnie było, co tu dużo pleść, chyba się docieramy, panie panowie, i cóż, że na razie głównie metaforycznie;-)
Spotkania Uli mają bardzo zdrowy puls, tak bym odważnie opiniowała, tfu, tfu, przez lewe ramię, oczywiście.
Dziudzia Gilling